Wojna naftowa z wirusem w tle

W czasie, gdy świat zajęty jest walką z koronawirusem i ekonomicznymi następstwami, jakie przynosi ostre hamowanie światowej gospodarki, nieco w cieniu tej walki toczy się inny bój, który tylko na pozór ze światową pandemią, ma niewiele wspólnego. Chodzi o bezprecedensowe starcie na rynku ropy naftowej, pomiędzy głównymi jej producentami. Starcie, które doprowadziło do gwałtownego spadku cen na ten surowiec do nienotowanego dotąd poziomu. Skąd się wzięła nadprodukcja ropy naftowej i dlaczego tak sprawnie funkcjonujące przez ostatnie lata porozumienie OPEC+ (obejmujące kraje OPEC i Rosję) tym razem nie zadziałało?

Głównym powodem był spadek zapotrzebowania na ropę naftową, spowodowany coraz gorszymi notowaniami światowej gospodarki. Pandemia koronawirusa, tylko pogłębiła już istniejące problemy gospodarcze głównych światowych potentatów, takich jak Chiny i USA, gdzie już zaczyna się mówić o recesji. Załamanie w takich sektorach, jak usługi transportowe, gastronomiczne, hotelarskie i turystyczno-rekreacyjne oraz okresowe przerwanie pracy wielu przedsiębiorstw produkcyjnych, dodatkowo ograniczyło zużycie paliw i produktów ropo-pochodnych.

W takiej sytuacji ekonomicznej na świecie kraje „OPEC+” - porozumienia obejmującego kraje zrzeszone w organizacji OPEC i Rosję, podjęły 6 marca br. próbę dalszego ograniczenia produkcji ropy naftowej lub choćby przedłużenie obowiązującej dotąd umowy z 2016 roku, ograniczającej produkcję ropy. Próba ta zakończyła się niepowodzeniem. W rezultacie od 1 kwietnia zniesiono wszelkie ograniczenia dotyczące limitów produkcji ropy w krajach uczestniczących w porozumieniu OPEC+, co spowodowało załamanie cen na ten surowiec.

Tło obecnych wydarzeń na rynku naftowym.

W 2016 roku kraje OPEC i Rosja w obliczu spadających cen ropy naftowej zawarły umowę w celu ustabilizowania rynku. Umowa ta doprowadziła do usunięcia taniej ropy z rynku. Porozumienie OPEC+, przedłużane w kolejnych latach, było oczywiście przede wszystkim korzystne dla jej sygnatariuszy. Podczas obowiązywania umowy deficyt budżetowy Arabii Saudyjskiej spadł z 12,9 procent PKB w 2016 r. do 3,8 procent PKB w 2019 r. (według IHS Markit). Uruchomiono program strategiczny mający na celu zmniejszenie zależności od ropy naftowej i dywersyfikację gospodarki poprzez inwestycje na dużą skalę w infrastrukturę, turystykę i kapitał ludzki. W Rosji, gdzie budżet państwa konstruowano przy założeniu cen ropy na poziomie 40 USD za baryłkę, całą nadwyżkę budżetową kierowano nie tylko na programy dywersyfikacji gospodarki, ale przede wszystkim na Narodowy Fundusz Społeczny, stanowiący swego rodzaju „poduszkę bezpieczeństwa” na trudniejsze czasy. Według ministra finansów Rosji Antona Siluanowa zgromadzone przez Rosję rezerwy (ok. 577 mld. USD) pozwalają temu krajowi przetrwać 6–10 lat przy cenach ropy, na poziomie 30 USD za baryłkę.

Jednak cały spadek produkcji OPEC+, został dość szybko zrównoważony przez wzrost produkcji amerykańskiej ropy łupkowej, której produkcja przy cenach na poziomie 60 -70 USD za baryłkę, stała się znów opłacalna. Wcześniej, przy niskich światowych cenach ropy w 2016 r., amerykański przemysł łupkowy znajdował się na skraju bankructwa. Według zachodnich agencji, funkcjonowanie porozumienia OPEC+ stało się czynnikiem zbawienia dla amerykańskich producentów łupków naftowych, umożliwiając im przetrwanie w recesji, a następnie powrót do wzrostu. Analitycy Citigroup podali optymistyczne prognozy, że do 2023 r. produkcja największego złoża permskiego w USA wzrośnie o 60 procent. I tylko ten basen będzie produkował więcej ropy, niż wszyscy członkowie OPEC, z wyjątkiem Arabii Saudyjskiej. Czyli można stwierdzić, że działania OPEC+ przyczyniały się mimochodem do rozwoju amerykańskiego przemysłu naftowego i całej gospodarki.

Jednak i w drugą stronę, w dziedzinie produkcji i handlu ropą naftową występują sytuacje, preferujące, wydawałoby się zaciekłego przeciwnika. Jednym z tych paradoksów jest dziwna sytuacja z ropą naftową marki Urals, bardzo poszukiwaną ostatnio na całym świecie. Paradoks polega jednak na tym, że dwa kraje, które znacznie zwiększyły import rosyjskiej ropy są politycznymi przeciwnikami Rosji na globalnej arenie geopolitycznej. Jedną ręką Stany Zjednoczone kupują rosyjską ropę naftową, w tym od Rosniefti, a drugą nakładają sankcje na handlową córkę Rosniefti. Również stosunki Rosji z Wielką Brytanią były i są bardziej niż chłodne. Oba ww. kraje nigdy nie znajdowały się wśród głównych odbiorców ropy z Rosji, a poza tym przecież USA i Wielka Brytania produkują swoją własną ropę naftową, w pierwszym przypadku z łupków, w drugim – ze złóż na Morzu Północnym.

Okazuje się jednak, że ostatni rok wiele zmienił. Amerykanie kupili prawie 2,5 razy więcej rosyjskiej ropy w 2019 r., niż rok wcześniej - o 2,2 mld USD. Pod względem fizycznym import tego surowca wzrósł 2,6 razy - z 1,8 miliona do 4,7 miliona ton. Dlaczego główni geopolityczni wrogowie Rosji kupują od niej ropę naftową?

Okazuje się, że wprowadzając sankcje na Wenezuelę i Iran i ich przedsiębiorstwa naftowe, władze USA usunęły ze swojego rynku ciężką wenezuelską i irańską ropę naftową, o wysokiej lepkości i zasiarczeniu. Początkowo sankcje doprowadziły do poważnego niedoboru produktów naftowych, na rynku amerykańskim, a brak surowca dotknął głównych graczy w amerykańskim przemyśle rafineryjnym - Citgo Petroleum, Valero Energy i Chevron. Skąd taka sytuacja, kiedy USA są eksporterem netto, łupkowej ropy naftowej? Okazuje się, że amerykańskie rafinerie, przystosowane są technologicznie do przetwarzania ciężkiej ropy z Wenezueli i Iranu. Poza tym bardziej opłacalne dla nich było przetwarzanie tańszej ropy wenezuelskiej, niż droższej, lekkiej amerykańskiej, którą z ekonomicznego punktu widzenia lepiej jest eksportować. Nic, więc dziwnego, że kiedy władze USA zakazały zakupu wenezuelskiej ropy, lokalne rafinerie znalazły niedrogą i podobną do wenezuelskiej czy irańskiej, rosyjską ropę.

Również Wielka Brytania, inny geopolityczny przeciwnik Rosji, ponad dwukrotnie zwiększyła w ubiegłym roku zakupy rosyjskiej ropy. Według rosyjskiej Federalnej Służby Celnej FCS, Brytyjczycy zapłacili Rosji 1,2 mld USD za 2,4 mln ton. Natomiast rok wcześniej dostawy nie przekroczyły 1 miliona ton. Jednocześnie Brytyjczycy, w przeciwieństwie do amerykańskich rafinerii, mają znacznie większy wybór. Problem polega jednak na tym, że problemy eksportowe mają tradycyjni dostawcy ropy do Wielkiej Brytanii. Rosyjska ropa zastąpiła z jednej strony europejską ropę naftową produkowaną na Morzu Północnym, a z drugiej afrykański surowiec, którego zasoby uległy znacznemu zmniejszeniu. Tradycyjni dostawcy z Algierii i Nigerii dostarczyli w ubiegłym roku ogółem odpowiednio 13% i 48% mniej ropy, niż w 2018. Podsumowując opisaną wyżej sytuację, można stwierdzić, że jest ona korzystna dla Rosji i rosyjskie firmy naftowe bez wątpienia chciałyby utrzymać zdobyte rynki zbytu. Jednak, jak „miecz Damoklesa” nad zawartymi kontraktami wiszą sprzeczności polityczne (np. rozgrywka USA i Rosji w Wenezueli), jak i ekonomiczne (nadprodukcja ropy naftowej).

W Stanach Zjednoczonych swoje interesy naftowe tradycyjnie ma Arabia Saudyjska. Według danych agencji Bloomberg, w 2019 roku eksport arabskiej ropy do Stanów Zjednoczonych wyniósł 582 tys. baryłek dziennie. Jest to około 40% niższy wskaźnik, niż średnia za 2018 r., jednak świadczy o tym, że USA stanowią poważny rynek dla Saudyjczyków, którzy finalizują również na terenie Stanów Zjednoczonych poważną inwestycję związana z budową zakładów przetwórstwa petrochemicznego.

„Wojna wszystkich ze wszystkimi”.

Brak porozumienia o zmniejszeniu kwot wydobycia ropy naftowej pomiędzy Arabią Saudyjską, a Rosją doprowadził do prawdziwej „wojny naftowej”, czyli niekontrolowanego wzrostu produkcji surowca, przy malejącym popycie, połączonym z dumpingiem cenowym, którym głównie zajmowała się Arabia Saudyjska.

Wg agencji Bloomberg, po 6 marca br. Rijad zaproponował potrojenie dostaw ropy do Europy, po cenie znacznie niższej, niż cena proponowana przez Rosję. Źródła podały, że już dwa dni po zerwaniu umowy OPEC+, kilka europejskich rafinerii ropy naftowej i firm otrzymało takie oferty z Arabii Saudyjskiej, a saudyjskie Aramco uzyskało pozwolenie na zwiększenie mocy produkcyjnych do 13 milionów baryłek dziennie. Według doniesień mediów, w tej sytuacji rynek europejski stał się najważniejszym obszarem redystrybucji interesów w wojnie cenowej między Rijadem, a Moskwą.

Działania te spowodowały, że rynek znalazł się na krawędzi katastrofy. Nastąpił nie tylko gwałtowny spadek ceny czarnego złota, ale także przepełnienie magazynów. Według wiceprezydenta Łukoila, Leonida Feduna, w zbiornikach magazynowych na świecie już znajduje się około miliarda baryłek ropy, a według szacunków ekspertów miejsca w tych zbiornikach starczyłoby zaledwie do maja br. Wiele krajów już podjęło decyzję o przechowywaniu ropy na statkach-tankowcach. Kolejnym krokiem mogłoby być jej zalewanie do cystern kolejowych, a gdyby tego nie wystarczyło – zamykanie szybów naftowych. Dla wielu pól naftowych mogłoby to oznaczać bezpowrotne przerwanie wydobycia.

Jeśli spojrzeć na sytuację z innej perspektywy, to nie jest to nowy kryzys, a jedynie przejściowe trudności. Wydaje się, że Moskwa przeprowadziła ważny manewr geopolityczny, wykorzystują swoje możliwości surowcowe oraz zawczasu zgromadzone rezerwy finansowe. Wkalkulowała również w to własne koszty, które w takich przypadkach są nieuniknione. W obecnej „wojnie naftowej”, Rosja pośpiesznie wskazała Rijad jako przeciwnika, a Władimir Putin oświadczył nawet, że celem dumpingowych działań Saudyjczyków jest amerykańska ropa łupkowa. W rzeczywistości jednak działania Rosji (niewykluczone, że przy milczącym współdziałaniu z Arabią Saudyjską) można określić, jako umyślny i zaplanowany atak na Stany Zjednoczone. W ostatnich latach Stany Zjednoczone zaczęły czerpać coraz większe korzyści z porozumienia krajów OPEC i Rosji, zwiększając produkcję drogiej ropy łupkowej i zdobywając znaczący udział w rynku. Udziały FR i Arabii Saudyjskiej z powodu samoograniczeń w wydobyciu ropy coraz bardziej spadały. Jednocześnie spadek popytu na węglowodory w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa pobudził konkurencję.

Wszystko zaczęło się od wspomnianego upadku porozumienia OPEC+, w którym Rosja i Arabia Saudyjska odegrały kluczową rolę. Niechęć tych dwóch krajów do poszukiwania kompromisów doprowadziła do tego, że negocjatorzy w Wiedniu w dniach 5-6 marca, nie tylko nie przedłużyli umowy (obowiązującej od 2016 r.), ale porzucili jakiekolwiek ograniczenia produkcji ropy. Moskwa celowo przyczyniła się do ostatecznego rozpadu tego porozumienia, rozumiejąc, co dokładnie chce osiągnąć i jakie będą tego konsekwencje. Umowa OPEC+, mająca na celu zapobieganie spadkom cen ropy, od dawna była krytykowana przez rosyjskie firmy wydobywcze, które uważały, że straciła ona swoje znaczenie, a nawet zaczęła przynosić szkody rosyjskiemu przemysłowi naftowemu.

Oceniając szansę możliwego sukcesu poszczególnych graczy w „wojnie naftowej”, pod uwagę trzeba jednak wziąć przede wszystkim koszty produkcji ropy w różnych krajach. Według Ministerstwa Energii Rosji, koszt wyprodukowania baryłki ropy w Rosji wynosi średnio 9-20 USD, a Bloomberg, powołując się na analityków z Bank of America i Raiffeisenbank twierdzi, że te koszty mogą wynosić zaledwie cztery dolary. W przypadku Arabii Saudyjskiej liczba ta, według różnych źródeł, może wynosić 4-10 dolarów. Oznacza to, że w obu krajach produkcja węglowodorów pozostanie opłacalna, nawet, jeśli cena spadnie poniżej 25 USD za baryłkę. Natomiast średnie wydobycie baryłki ropy w Stanach Zjednoczonych wynosi 32 USD, a ropy łupkowej, wg ITI Capital, sięga nawet 50 USD za baryłkę.

W zaistniałej sytuacji, dzięki zgromadzonym rezerwom walutowym, Rosja i Arabia Saudyjska przez dłuższy czas, mogły sobie pozwolić na produkcję ropy na granicy opłacalności, a nawet poniżej tej granicy. Natomiast, kiedy ceny ropy na światowych zaczęły kształtować się na poziomie 20 – 25 USD za baryłkę, żadnego projektu łupkowego nie można uznać za opłacalny. Tak, więc przy obecnych cenach na ropę, przed większością przedsiębiorstw wydobywających ropę naftową z łupków w USA, zamajaczyło widmo bankructwa. W amerykańskim przemyśle naftowym i gazowym zatrudnionych jest ponad 10 milionów osób. Przed wyborami Donald Trump nie mógł dopuścić do gwałtownego wzrostu liczby bezrobotnych pracowników branży naftowej.

Stąd ruch Amerykanów w „naftowych szachach”. Prezydent USA ogłosił gotowość Waszyngtonu do wprowadzenia ceł zaporowych na importowaną do USA ropę, jeśli sytuacja na światowym rynku energii nie ulegnie normalizacji. Według szefa Białego Domu takie środki mogłyby uratować amerykański przemysł naftowy, który w wyniku działań konkurencji znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji. Jednocześnie Stany Zjednoczone odmówiły negocjacji z Rosją i Arabią Saudyjską, w celu ograniczenia wydobycia ropy. Wg ekspertów rzeczywiście „przy wprowadzeniu ceł ochronnych, a tym samym odizolowanie rynku amerykańskiego od zagranicznej ropy: „’łupek’ będzie działał tylko na rynku krajowym. Będzie brakowało surowców z zagranicy, co pociągnie za sobą wzrost cen, a projekty łupkowe staną się znów opłacalne”.

Wewnętrzna, amerykańska „wojna naftowa”.

Jednak pomysły na wprowadzenie ceł zaporowych lub embarga na importowaną do USA ropę naftową, ma w tym kraju tyle samo zwolenników, co przeciwników.

Z jednej strony wojna cenowa „wszystkich przeciwko wszystkim” na rynku ropy naftowej, prowadzi do dojrzewania w Waszyngtonie planów zemsty i chęci ukarania Arabii Saudyjskiej i Rosji za ich działania, na przykład za pomocą sankcji naftowych. Okazuje się, że niektórzy amerykańscy prawodawcy (kongresmeni i senatorowie) są gotowi na zastosowanie wszelkich (w tym najbardziej szalonych) środków mających na celu uratowanie spółek łupkowych, a tym samym swoich wyborców i sponsorów, które są kluczowymi podatnikami i pracodawcami w wielu stanach USA. Jeśli w tym celu, konieczne będzie nałożenie embarga na ropę rosyjską i saudyjską, to z punktu widzenia wpływowych przedstawicieli Partii Republikańskiej, będzie to dość rozsądna cena za ten ratunek.

Specjalistyczna agencja informacyjna S&P Global Platts informowała, że: „Senator Kevin Kramer, republikanin z Dakoty Północnej, napisał do Trumpa …., wzywając go do nałożenia embarga na import ropy z Arabii Saudyjskiej, Rosji i innych krajów OPEC, powołując się z art. 232 ustawy o rozszerzeniu praw prezydenta w sprawach handlowych” (Expansion Act z 1962 r). „Musimy natychmiast dać sygnał; Stany Zjednoczone nie będą zastraszane, .... nie można nas tak po prostu wykorzystywać” - napisał Kramer do prezydenta. Można by było potraktować tę propozycję, jako jeden z wielu głosów w dyskusji, ale Kevin Kramer nie jest zwykłym senatorem: jest doradcą w kampanii wyborczej Donalda Trumpa w kwestiach polityki energetycznej. To człowiek z wewnętrznego kręgu prezydenta, który pracował z nim, jeszcze zanim Trump wprowadził się do Białego Domu. Ponadto Kramer jest znany, jako reprezentant interesów amerykańskich koncernów naftowych, co powoduje, że prezydent musi potraktować jego głos poważnie i wszystko wskazuje na to, że tak właśnie traktuje jego apele, kiedy wypowiada się o możliwości wprowadzenia ceł zaporowych na ropę. Do nacisków na prezydenta, aby znormalizować sytuację na rynku ropy, dołączyło wielu innych amerykańskich polityków, w tym sekretarz skarbu USA Mnuchin, który zdecydował się wezwać do siebie ambasadora Rosji w USA, aby mu powiedzieć, że „uporządkowanie rynku energii”, jest ważne dla USA.

Jednak istnieją dwa inne ważne powody, dla których wprowadzenie drastycznych środków wspierających przemysł łupkowy może być albo niemożliwe, albo niezwykle problematyczne. Opozycyjna Partia Demokratyczna bardzo chciałaby, aby firmy przemysłu łupkowego, wspierające Trumpa, w znacznej liczbie zbankrutowały. A partia ta kontroluje kongres i może blokować niektóre decyzje prezydenta, szczególnie, jeśli ten spróbuje zastosować nadzwyczajne metody wspierania firm łupkowych. Jak podkreśla amerykański The Hill, „coraz większa liczba demokratów wyraża obawy, że Biały Dom może próbować poszukać poważniejszej pomocy finansowej dla sektora naftowego i gazowego, w obliczu spadających cen i pandemii koronawirusa”. Dwudziestu demokratycznych kongresmanów wysłało nawet list do prezydenta Trumpa, ostrzegając go przed przekazaniem dodatkowych środków firmom zajmującym się wydobyciem paliw kopalnych po tym, jak Biały Dom ogłosił pod koniec ubiegłego tygodnia zakupy ropy, do rezerwy strategicznej USA.

Tymczasem na bankructwa przedsiębiorstw łupkowych czekają również „stare”, duże amerykańskie firmy naftowe, które nie muszą angażować się w produkcję ze stratą, aby spłacać kredyty i nie muszą zwiększać produkcji, aby uzasadnić wypłaty premii za zarządzanie, jak to ma miejsce w przypadku firm łupkowych. W swoim czasie rewolucja łupkowa spowodowała ogromne szkody finansowe dla części imperium Rockefellera (które kiedyś uczestniczyły na amerykańskim rynku, w czymś rodzaju kartelu, przypominającym obecny OPEC). Jest prawdopodobne, że „stare” firmy naftowe będą skutecznie przeciwstawiać się próbom ratowania górnictwa łupkowego, poprzez wprowadzanie ceł, embarga lub przez inne podobne środki.

Inną ważnym argumentem przeciw cłom jest to, że mogą one bardziej zaszkodzić, niż pomóc amerykańskiej gospodarce. Po ich wprowadzeniu, wszystkie amerykańskie korporacje, które prowadzą energochłonną lub petrochemiczną produkcję poza USA, będą starały się skoncentrować działalność produkcyjną tam, gdzie ropa jest tańsza, przez co odpowiednio zmniejszą swoją aktywność w Ameryce. Co więcej, stanie się jasne, że amerykańscy konsumenci ropy naftowej dotują jej producentów, co z politycznego punktu widzenia będzie bardzo niewygodne dla obecnego prezydenta.

Kompromis?

Napięta sytuacja na rynku naftowym trwała przez miesiąc. Późnym wieczorem 12. kwietnia kraje OPEC+ ostatecznie uzgodniły warunki zakończenia „wojny naftowej”. Negocjacje na temat redukcji wydobycia ropy naftowej i zawarcia porozumienia w tej sprawie, uzupełniły dwukrotne w ciągu doby, rozmowy telefoniczne prezydentów Trumpa, Putina i króla Arabii Saudyjskiej Abel Aziza al-Sauda. Wg mediów „Liderzy poparli porozumienie osiągnięte w ramach OPEC+ w sprawie stopniowego, dobrowolnego ograniczenia produkcji ropy w celu ustabilizowania rynków światowych i zapewnienia stabilności globalnej gospodarki, jako całości”.

Niektórzy nazywają ostateczne porozumienie w sprawie wielkości produkcji ropy naftowej, przymusowym rozejmem, inni porażką. Kto wygrał najwięcej, a kto przegrał ostatnie tygodnie rywalizacji o ropę i dlaczego ostatecznie kraje, które przez miesiąc nie chciały ze sobą rozmawiać, zgodziły się na kompromis?

Warunki umowy są dość proste. Będzie działać przez dwa lata - od 1 maja 2020 r. Do 30 kwietnia 2022 r., A jej celem jest drastyczne zmniejszenie produkcji w okresie od maja do czerwca, o 9,7 miliona baryłek dziennie, z dalszym zmniejszeniem, najpierw do ośmiu, a następnie do sześć milionów baryłek. Jako benchmark produkcji ropy, przyjęty został październiku 2018 r. Ustalono, że na początkowym etapie wszystkie kraje OPEC+ (z wyjątkiem Arabii Saudyjskiej i Rosji) będą produkować o 23% mniej w porównaniu z tym punktem odniesienia. Natomiast redukcja produkcji ropy w Arabii Saudyjskiej i Rosji wyniesie 2,5 miliona baryłek, czyli zostanie zmniejszona z 11 milionów do 8,5 miliona baryłek. W rezultacie kraje OPEC+ ogólnie zmniejszą produkcję o 9,7 miliona baryłek dziennie (prawie 10% światowej produkcji). Kolejne 9 milionów zostanie zredukowane przez kraje nieobjęte umową OPEC+, czyli USA, Kanadę, Brazylię, Argentynę, Norwegię i Kolumbię.

Według większości analityków, decyzja OPEC+ będzie miała pozytywny, stabilizujący wpływ na światowe rynki energii. Swoje znaczenie ma przystąpienie do tej umowy sześciu krajów eksportujących ropę, które do tej pory nigdy nie uczestniczyły w regulacji rynku ropy wraz z OPEC. Wymienione wyżej Kanada, Stany Zjednoczone, Norwegia, Kolumbia, Brazylia i Argentyna powinny zmniejszyć produkcję o 5 milionów baryłek dziennie. Stało się to po raz pierwszy w historii. Analitycy Ci oceniają obecną umowę, jako rewolucję w koordynacji produkcji ropy naftowej. Jest ona wg nich, bezprecedensowa zarówno pod względem głębokości cięć produkcyjnych, jak i zasięgu terytorialnego, co z pewnością wymusiła sytuacja związana z załamaniem popytu. Dla porównania: w ramach poprzedniego porozumienia OPEC+, chodziło o zmniejszenie produkcji ropy o zaledwie 1,8 miliona baryłek dziennie, przez wszystkich członków organizacji w łącznie z Rosją (formalnie niebędącą członkiem). Teraz oczekuje się zmniejszenia produkcji o prawie 15 milionów baryłek dziennie, a do 22 eksporterów OPEC+, uczestniczących w poprzedniej umowie, dołącza teraz sześciu nowych graczy.

Inni eksperci, specjaliści od rynków naftowych, krytykują zawarte porozumienie. Podnoszą pominięte kwestie techniczne, przyjęty poziom wyjściowy wydobycia ropy, od którego rozpocznie się redukcja produkcji ropy w poszczególnych krajach, a także brak formalnych podpisów pod dokumentem, sześciu nowych państw przystępujących do redukcji wydobycia ropy. Głównym minusem porozumienia jest wg nich to, że w przypadku sześciu eksporterów ropy naftowej, którzy nie są członkami OPEC+, porozumienie nie jest prawnie wiążące. Kraje te muszą mieć jednak świadomość, że jeśli złamią swoje obietnice, wówczas cała umowa nie będzie warta więcej, niż papier, na którym została napisana. Jeśli te sześć krajów zacznie zwiększać produkcję, a taka pokusa może się pojawić, gdy ceny ropy zaczną rosnąć, członkowie OPEC+ mogą również odmówić jej przestrzegania. Na tym m.in. polega kruchość tej wyjątkowej, „napisanej potrzebą chwili”, umowy krajów eksportujących ropę.

Wydaje się jednak, że oczywistym plusem zawartego porozumienia jest w zasadzie to, co przywiodło jego uczestników do stołu negocjacyjnego. A mianowicie świadomość strat, jakie każde z państw-producentów ropy naftowej mogłoby ponieść, gdyby porozumienie nie zostało zawarte.

_____________________

Autor: dr Krzysztof SURDYK